Spodziewam się już zniecierpliwienia z Waszej strony. Dwa tygodnie i cisza. Nie zawsze jednak są sprzyjające warunki do pisania. Sporo mam ostatnio pracy. I skupiam się także na treningach. To tyle w temacie usprawiedliwienia.
W poniedziałek, po maratonie miałem wolne od pracy. Pojechałem przed południem do grudziądzkich Solanek. Tam dzięki uprzejmości Prezesa Geotermii, Team M&M Grudziądz mamy karnety na wejścia na część basenową i sauny. W tym miejscu chciałbym serdecznie podziękować Panu Marcinowi za wsparcie. Ważne to dla nas. Kilka chwil w saunie i basenach przyniosło ulgę dla nóżek, które dzień wcześniej niosły mnie w Warszawie.
Wtorek, niestety już w pracy. I tu chwila milczenia....Dzień ten jednak spowodował, że musiałem wyjść już na trening. Tak jak napisałem na facebooku, życie bez pasji-biegania byłoby nie do zaakceptowania. Rzeczywistość z perspektywy biegacza jest zupełnie inna. Oczywiście główną siłą jest Rodzina, ale to przecież inny wymiar.
Ponad 10 km we wtorek przyniosło mi ulgę. Byłem też zadowolony z faktu, że już po dwóch dniach po maratonie czułem się fizycznie całkiem nieźle.
Kolejne dni, kolejne treningi. Marcin dochodził do siebie po małej kontuzji i przerwie. Dzielnie przyjmował zastrzyki, które czuł, że niosą spodziewany efekt.
W czwartek, 17 kwietnia, pojechaliśmy z Marcinem do Gdańska, do sklepu Biegosfera, żeby zakupić nowy sprzęt pod kątem Rzeźnika. Tu kilka zdań o tych, dzięki którym mogliśmy tam pojechać. Miejski Ośrodek Rekreacji i Wypoczynku na czele z Izą Piwowarską, Wydział Kultury Sportu i Promocji Urzędu Miejskiego z Małgorzatą Sadowską - Rodziewicz oraz Visscher Caravelle Poland Sp z o.o. Dzięki Państwu możemy realizować naszą pasję. Ktoś może powiedzieć, że to tylko bieganie i jakie tu nakłady finansowe są potrzebne. Jasne, i nie można się z tym kimś nie zgodzić. Jednak, pewne projekty, wymagają oprócz ciężkiego treningu już pewnego doposażenia. Takim projektem jest w naszej ocenie Bieg Rzeźnika. Ten ekstremalny ultramaraton górski wymaga profesjonalnego sprzętu, żeby móc skupić się tylko na walce z bólem podczas pokonywania kolejnych kilometrów.
Fundusze którymi dysponowaliśmy zostały naszym zdaniem dobrze wykorzystane. Marcin zakupił buty Brooksy Cascandia 9, ja Mizuno Wave Harrier. Staliśmy się posiadaczami super kurtek biegowych Asics Fuji i kolanówek kompresyjnych. Zostało jeszcze odrobinę "grosza", może starczy na plecaki.
Byliśmy zachwyceni i wracaliśmy bardzo podekscytowani:))
W weekend oczywiście musieliśmy wypróbować sprzęcik. W towarzystwie Macieja (brat Marcina) i mojego szwagra Mikołaja polansowaliśmy się sarnom w rudnickim lesie. Buty pięknie trzymają się podłoża. Ufamy, że na szlaku w Bieszczadach także się sprawdzą.
Reasumując, wchodzimy w kolejny etap przygotowań do czerwcowej przygody. Mamy już część sprzętu. Pewne plany jeszcze w tej kwestii przed nami.
Ale przede wszystkim biegamy. Ciężko trenujemy. Ale mamy cel!!! Bez tego trudno żyć....
Na końcu jeszcze jedno zdanie o osobach, które wcześnie mnie osobiście wspierały w mojej pasji. Pamiętam o Was, i biegam w tej mojej ulubionej koszulce. Chciałbym podziękować także Pani Marlenie Masłowskiej z firmy Podmar. Dzięki Marlenko za wsparcie nie tylko finansowe.
Za tydzień spotykamy się na starcie II półmaratonu Śladami Bronka Malinowskiego. 3 maja w Grudziądzu pobiegniemy dla naszego Bronka. Pomyślcie o Nim przebiegając przez most...ja tam zawsze patrzę w niebo..
Zygabiega
niedziela, 27 kwietnia 2014
wtorek, 15 kwietnia 2014
Orlen Warsaw Marathon 2014
Poukładałem myśli , więc do dzieła.
Dodam tylko z dziennikarskiej powinności, że jesteśmy już na bieżąco z opowiadaniem o mojej przygodzie z bieganiem.Więc zapraszam na relację z ostatniego weekendu.
13 kwietnia 2014 roku. Orlen Warsaw Marathon - Narodowe Święto Biegania.
12 kwietnia około 8.30 wyjechaliśmy z Grudziądza. Oczywiście cała rodzinka miała "chrapkę" na wycieczkę do Warszawy. Po jednej półgodzinnej przerwie po drodze około południa dojechaliśmy pod Hotelu Novotel, gdzie "stacjonowaliśmy".
Dzieci z Madzią, prawie natychmiast, zgodnie z planem wyruszyły na wycieczkę do ZOO, ja natomiast czekając na nasz pokój hotelowy udałem się na Myśliwiecką 3/5/7, czyli do naszej ukochanej Trójki. Niestety sklepik był już zamknięty, ale korzystając z uprzejmości Pana z Ochrony dokonałem zakupu Trójkowego parasola. Najważniejsze jednak było poczuć magię tego miejsca, które każdego dnia nas budzi do pracy. Tymi korytarzami przechadzają się wielcy mikrofonu, niech wolno wymienić mi tu będzie Wojtka Manna, Marka Niedźwieckiego, Artura Andrusa, Piotra Kaczkowskiego i wielu, wielu innych. Ciary na plecach miałem. Fajnie tam było być!
Wróciłem do hotelu, gdzie mogłem już zataszczyć nasze wszystkie bagaże do pokoju. Rodzinka nadal w ZOO. Około 15.30 dojechały Fabiniaki, i po ogarnięciu Ich pokoju udaliśmy się po odbiór pakietów startowych. Na błoniach przy Stadionie Narodowym rozlokowane było Biuro Zawodów i miasteczko biegacza. Oj, potężnie wszystko wyglądało. Na stoiskach firmowych można byłoby wydać fortunę, więc szybciutko opuściłem to miejsce:) Najważniejsze, że pakiet odebrany, a ten wyglądał bardzo zacnie: plecak Asicsa, koszulka techniczna, Powerrade, gadżety Orlenu, no i naturalnie imienny numer startowy.
Wróciłem do hotelu, do Madzi i dzieci, które były tak podekscytowane ZOO, że już wiedziałem, iż warto było przyjechać :) Dzień powolutku się kończył, a ja myślami byłem już powoli na trasie biegu.
Wieczorkiem jeszcze prysznic, relacja Rocha i Tosi o wszystkich napotkanych zwierzątkach w warszawskim zoo. Przygotowałem sobie "magiczne krzesełko" i ziuziu!:)
Pobudka o 6.30. Taka była planowana, jednak średnio spałem już od jakieś 5. Pogoda za oknem zapowiadała świetne warunki do biegania. Przed 7 nie spała już cała ekipa. Ja zszedłem na śniadanie z Marcinem i Maćkiem. Jak wróciłem w pokoju był już spory ruch:). Dzieci zadały mi pytanie czy wygram? Hmm...skierowałem ich ciekawość na piękne widoki za oknem:), choć tak naprawdę, to mogłem powiedzieć, że wygrywam za każdym razem stając na starcie maratonu i pokonując swoje słabości. No ale patetyczny ton może nie był na miejscu:)
Około 8 Maciej, Marcin i ja pojechaliśmy na linię startu. Dodam tylko, bez większych tłumaczeń, że Marcin tym razem "robił" za fotoreportera. Taka była potrzeba, żeby w czerwcu zrealizować główny cel 2014 roku. Ja i Maciej (brat Marcina) byliśmy już mocno naładowani adrenaliną. Wielkość, rozmach całej imprezy zrobił na nas ogromne wrażenie. Wszystko dopięte na tzw " ostatni guzik" Wszystko świetnie oznaczone, opisane, wyjaśnione. Nic, tylko biegać.
Przed startem udało mi się zrobić zdjęcie z Pawłem Fajdkiem Mistrzem Świata w rzucie młotem z Moskwy z 2013 roku. Jak uścisnął mi dłoń, wiedziałem dlaczego wygrał tamte mistrzostwa :)
9.30 zbliżała się bardzo szybko. Udaliśmy się do sektorów czasowych na które zapisaliśmy się wcześniej. Niestety jednak były to dla nas (ja i Maciej) inne sektory. Umówiliśmy się z Maćkiem, że poszukamy się podczas biegu. Karkołomny pomysł biorąc pod uwagę ogrom biegaczy. Jednak na jakimś 11 kilometrze spotkaliśmy się i tak razem pokonywaliśmy trasę.
Cały bieg był suchy, tzn. nie padało. Było dość ciepło, chwilami powiedziałbym nawet duszno. Trasa szybka, z dwoma lekkimi podbiegami. Jednak w porównaniu z Maratonem Warszawskim z września, uważam, że była mniej atrakcyjna. Były fragmenty strasznie nudne. Na całe szczęście było sporo kibiców i kilkadziesiąt zespołów muzycznych, z czego 20 występowało pod egidą radiowej Trójki. Dodawało to mnóstwo energii :)
Po 30 kilometrze czułem, że powinienem złamać 3:50, co było moim celem. Biegliśmy z Maćkiem równym tempem, który pozwalał pokusić się o jeszcze lepszy wynik.
Marcin "dopadł" nas z aparatem na jakimś 35 i 40 km.
Sama końcówka była już trudna. No ale jaka ma być na finiszu maratonu, królewskiego dystansu, do którego zawsze będę podchodził z szacunkiem i pokorą. Co nie znaczy, że bez planów sportowych. O nie, takie trzeba mieć zawsze!:)
Sam finisz, to tyle ile "fabryka" dała. Udało się! Czas netto, oficjalny, pobrany dzisiaj ze strony zawodów, to 3:46:00. Miejsce 2022 na 5811 sklasyfikowanych biegaczy. Cieszę się bardzo. Jest to efekt zimowych ciężkich treningów, bez względu na pogodę.
Rodzina i Przyjaciele na mecie były lekiem przeciwbólowym na "drewniane" nogi. Byłem szczęśliwy.
Maciej uzyskał podobny czas. Świetny debiut!!Gratulacje Maciej i dzięki za wspólny bieg.
Chciałbym bardzo podziękować Madzi, Rochowi i Tosi, którzy byli ze mną w Warszawie i są ze mną każdego dnia i wspierają mnie w mojej pasji. Dziękuję Fabiniakom, Broni, Marcinowi i Frankowi za doping. Dziękuję wszystkim tym, którzy w niedzielę pomyśleli o mnie i w duszy wspierali mnie. Czułem to, a później miałem okazję przeczytać wiele miłych komentarzy, wiadomości. To motywuje i dodaje siły!!!!!!!
Dziś podczas lekkiego wybiegania po maratonie, zdałem sobie sprawę raz jeszcze, ile dla mnie znaczy bieganie. Co mi daje, i jak bardzo pomaga. W Warszawie też miałem takie momenty refleksyjne. Bieganie staje się dla mnie sposobem na rzeczywistość, która bywa chwilami nie do zaakceptowania.
Pozdrawiam Was biegowo i do usłyszenia.
Zygabiega
niedziela, 6 kwietnia 2014
Najważniejszy jak dotąd bieg...
Tak...to był być może mój najważniejszy jak dotąd bieg. Z dwóch powodów.
Kolejność przypadkowa. Raz, że w ramach Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, i cały dochód został przeznaczony na wsparcie tej akcji, dwa (i to najważniejsze dla mnie:)), że pobiegłem tym razem z ...synem.
Zresztą, "Tatów" biegnących z Synami było przynajmniej trzech. Ja z Rochem, Marcin z Frankiem i Jacek z Julkiem. Było więc pokoleniowo.
Bieg zorganizowała Akademia Biegania. Szacunek! Dystans 5 kilometrów leśnymi duktami wokół w lesie rudnickim stały się jednocześnie miejscem zbiórki pieniążków na akcję Jurka Owsiaka. Zdecydowanie deklaruję, że jestem wiernym fanem Jurka i Jego Orkiestry!!!!Wspieramy tę akcję każdego roku. A w bieżącym udało się biegowo. Całe wpisowe za bieg + kasa zebrana podczas imprezy, łącznie ponad 10 tys zł zostało przelane na konto Orkiestry! Sukces!!!!
Najważniejszy dla mnie jednak był fakt, że pobiegłem z Rochem. Pierwszy raz w "zawodach". Czułem ekscytacje i dumę:) Dziewczyny nam kibicowały i dlatego czuliśmy moc podczas całej trasy. 5 kilometrów minęło szybciutko, w towarzystwie Marcina i Frania ( Jacek z Julkiem pomknęli szybciej). Fantastyczny dzień!!!!
p.s 1 To ostatni wpis dotyczący historii startów. Od kolejnego jesteśmy na bieżąco. Mam nadzieję, że uda mi się zrobić kolejny wpis przed Maratonem w Warszawie za tydzień.
p.s 2 Tośka także wspierała akcję Jurka Owsiaka. Tańczyła z Baretkami. Skarby moje!!!
Pozdrawiam !!!
Zygabiega
Kolejność przypadkowa. Raz, że w ramach Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, i cały dochód został przeznaczony na wsparcie tej akcji, dwa (i to najważniejsze dla mnie:)), że pobiegłem tym razem z ...synem.
Zresztą, "Tatów" biegnących z Synami było przynajmniej trzech. Ja z Rochem, Marcin z Frankiem i Jacek z Julkiem. Było więc pokoleniowo.
Bieg zorganizowała Akademia Biegania. Szacunek! Dystans 5 kilometrów leśnymi duktami wokół w lesie rudnickim stały się jednocześnie miejscem zbiórki pieniążków na akcję Jurka Owsiaka. Zdecydowanie deklaruję, że jestem wiernym fanem Jurka i Jego Orkiestry!!!!Wspieramy tę akcję każdego roku. A w bieżącym udało się biegowo. Całe wpisowe za bieg + kasa zebrana podczas imprezy, łącznie ponad 10 tys zł zostało przelane na konto Orkiestry! Sukces!!!!
Najważniejszy dla mnie jednak był fakt, że pobiegłem z Rochem. Pierwszy raz w "zawodach". Czułem ekscytacje i dumę:) Dziewczyny nam kibicowały i dlatego czuliśmy moc podczas całej trasy. 5 kilometrów minęło szybciutko, w towarzystwie Marcina i Frania ( Jacek z Julkiem pomknęli szybciej). Fantastyczny dzień!!!!
p.s 1 To ostatni wpis dotyczący historii startów. Od kolejnego jesteśmy na bieżąco. Mam nadzieję, że uda mi się zrobić kolejny wpis przed Maratonem w Warszawie za tydzień.
p.s 2 Tośka także wspierała akcję Jurka Owsiaka. Tańczyła z Baretkami. Skarby moje!!!
Pozdrawiam !!!
Zygabiega
niedziela, 30 marca 2014
Bieganie z Mikołajami 2013 rok
XI półmaraton Św. Mikołajów w Toruniu musiał znaleźć swoje miejsce w kalendarzu biegów 2013 roku. 8 grudnia 2013 roku rano wyjechaliśmy z Rodzinką do Grodu Kopernika.
Pierwszy raz zadeklarowałem się, że będę robił jako "pismejker". Z Jackiem mieliśmy "złamać" 1:55.
No i fajnie, nowe doświadczenie.
Tak jak czytaliście wcześniej, bieg ten nie potrzebuje specjalnej rekomendacji.
Bieg już z tradycją, z odpowiednią renomą, a przede wszystkim z duszą!!! Super atmosfera i pewnego rodzaju zakończenie sezonu.
Start z nowego mostu w Toruniu. Mnóstwo ludzi, super klimat. Słoneczko!!!!
Wystartowaliśmy z Jackiem i Kamilem( kolega Jacka) dość żwawo. Po połowie dystansu wiedziałem, że prowadzę Jacka na zdecydowanie lepszy wynik aniżeli 1:55, ale nie mówiłem tego głośno podczas biegu. A uczestnicy kolorowi, uśmiechnięci, sporo kibiców. Fantastyczny bieg. I Spartanie biegnący dla Domu Dziecka. Bosko!!!!!
Po 16, 17 km odrobinę zwolniliśmy tempo. Gdyby nie ten fakt, sądzę, że złamalibyśmy 1:50, ale i tak wynik zapowiadał się baaaaaardzo satysfakcjonujący dla Jacka!
Zbliżamy się do mety. Dopinguję Jacka, mówię, że jest dobrze, bardzo dobrze!!
Stadion. Kibice, doping!Finiszujemy!!!
1241 i 1242 miejsce 1:51:08 i 1:51:09 Jacek zachwycony i ja również, że podołałem zadaniu!XI Bieg Św. Mikołajów ukończyło 3669 biegaczy. Uważam nasz wynik za wyborny. W 2014 roku też tam będziemy.
Pozdrawiam serdecznie, zwłaszcza Jacka. Zygabiega
Na deser dokumentacja zdjęciowa.
Trzymajcie się!!!
niedziela, 23 marca 2014
35 PZU Maraton Warszawski
Niedziela rano. Zwykle o tej porze kończę poranny trening, jednak od wczoraj kiepsko się czuję. Przeziębienie, które zagościło u nas w domu, i mnie niestety dopadło. Dziwnie mi, tym bardziej, że na Rai Sport2 będę śledził zmagania podczas 20 Maratonu w Rzymie. Biegnie kuzyn Madzi, Maciej i kilku wirtualnych znajomych biegaczy :)
Biorąc pod uwagę weekend i trochę więcej wolnego czasu, postanowiłem zabrać Was dziś do Warszawy. Na maraton. Chcecie? Ok, to jedziemy.
Cofnijmy się do do 28 września 2013 roku. Rano pobudka, zapakowaliśmy walizy i w trasę. Po drodze zabraliśmy "szwagrowskiego" Mikołaja i kierowaliśmy się na "stolyce" :)
Około 13stej...
O widać kolejną polską flagę podczas transmisji z Rzymu....dawać, dawać...mnóstwo ludzi. Kolorowe morze szczęśliwych biegaczy. Powodzenia dla wszystkich.
Wracamy do naszej podróży. Około 13stej dojechaliśmy do Warszawy. Zaparkowałem całkiem niedaleko Novotelu w którym spaliśmy.
Zalogowaliśmy się w pokoju. Dzieci zachwycone, bo mieliśmy ładny widok na Stadion Narodowy, na który za chwilę się wybieraliśmy odebrać pakiet startowy.
Wydawało się nam, że to całkiem niedaleko, jednak okazało się, że droga zabrała nam kilkadziesiąt minut. Po drodze jeszcze coś zjedliśmy i dotarliśmy na Stadion. Ten z bliska robi ogromne wrażenie.
Odebraliśmy z Mikołajem pakiety startowe i zwiedziliśmy choć w części Stadion. Weszliśmy na trybuny. W środku jeszcze większe doznania. Fajnie było pomyśleć, że następnego dnia będę finiszował na Stadionie Narodowym.
Wróciliśmy do hotelu. Czułem już adrenalinę, która będzie towarzyszyła mi aż do linii mety następnego dnia. Ufałem, że dobiegnę. Nie, nie, to nie kokieteria. Wiedziałem, że jestem lepiej przygotowany niż chociażby w Poznaniu, jednak królewski dystans musi zawsze budzić szacunek i pokorę. Mam jednak swoje ambicje sportowe, które tu były zaprogramowane, aby "złamać" 4 godziny. Wszystko było gotowe, żeby plan zrealizować.
Wieczorem zwiedziliśmy ostatnie piętra Novotelu, gdzie mogliśmy nacieszyć wzrok Warszawą by Night :)
29 wrzesień. Obudziłem się około 6 rano. Chciałem szybko zejść na śniadanie, żeby mieć odpowiednio wystarczająco czasu, żeby przygotować się do startu. Poranek przywitał mnie mgłą.
Zszedłem na śniadanie. Rodzinka jeszcze spała. W hotelowej restauracji tylko biegacze:). Chciałem sobie zrobić tosty z miodem, dżemem. Poszukałem chleb tostowy i toster. Ale nie taki tradycyjny, które mamy w domach. Trochę zdziczałem :). Nie wiedziałem, gdzie mam tego tosta wcisnąć:)). Położyłem więc na takiej kratce z lewej stronie i poszedłem sobie herbatkę zaparzyć. Wróciłem do tostera, a chleb zniknął, żeby po chwili wyjechać z prawej strony tostera:)) Uśmiechałem się pod nosem, i patrzyłem tylko, czy nikt nie widział jaki jestem "burak z prowincji":))
Wychodząc ze śniadania minąłem moją Rodzinkę, która szła coś zjeść. Korzystając ze zdobytego doświadczenia, szybko poinstruowałem najbliższych jak sobie mają zrobić tosty :).
Ok, wróćmy do biegu. Start maratonu był przewidziany na godzinę 9. Po 8 wyszliśmy z hotelu i udaliśmy się w stronę mostu Poniatowskiego gdzie była linia startu. Na ulicach Warszawy widać było, że tego dnia odbędzie się bieg. Setki osób szły w skupieniu na linię startu, żeby zmierzyć się ze swoimi słabościami.
Rozgrzewka...ostatnie chwile przed biegiem.
9 rano. Start. Pierwsza wystartowała "moja" strona mostu. Z głośników słowa otuchy dla biegaczy kierował Przemek Babiarz, nasz znany komentator sportowy, zresztą także maratończyk.
Od samego początku trzymaliśmy równe tempo z Mikołajem. Mijały kolejne kilometry. Czuliśmy się dobrze. Trasa maratonu biegła przez najważniejsze miejsca Warszawy. Tak jak dla mnie, który nie znał dobrze stolicy, bieg ten był tym bardziej atrakcyjny. Biegnąc koło mojej kochanej Trójki, nie mogłem się powstrzymać i zrobiłem fotkę.
Po 30-stym kilometrze pojawiły się pierwsze oznaki zmęczenia. Jak się okazało po biegu, Mikołaj miał kryzys na tym etapie, ale pociągnąłem Go i przetrwał. "Odwdzięczył " mi się na jakimś 38 kilometrze, gdzie zwolniłem, ale Miki powiedział, dawaj Szwagier, teraz już jest naprawdę blisko. Rzeczywiście, jak zobaczyłem z perspektywy Stadion, pojawił się jeden z wielu zespołów grających energetyczną muzykę, siły wróciły. Na moście Poniatowskiego to już można powiedzieć, że z Mikołajem "gnaliśmy". Uśmiechnięci. Szczęśliwi, niesieni dopingiem kibiców. Na zbiegu z mostu dopingował nas m. in. Tomek Szymański, nasz grudziądzki Poseł, który także jest fanem biegów (zobaczymy co z tego wyniknie z bieżącym roku) :).
Proszę Państwa. Wbiegając na Stadion Narodowy, pomimo ponad 42 kilometrów w nogach czułem się mega szczęśliwy. Wiedziałem, że moja Rodzina jest na stadionie i trzyma za mnie kciuki. Piękne uczucie. Nie można tego wystarczająco obrazowo opisać słowami. To trzeba przeżyć. Każdy może tego doznać. Każdy!!!
35 PZU Maraton Warszawski skończyłem w czasie netto 3:51:50 na miejscu 2680. Ukończyło ten dotychczas największy maraton w Polsce ponad 8500 biegaczy.
Po biegu wróciliśmy do hotelu. Prysznic. W Warszawie jeszcze zjedliśmy obiad i udaliśmy się w drogę powrotną. Ja bardzo zadowolony z biegu, z wyniku. Madzia z dziećmi zadowolona z niedzielnego spaceru po Warszawie i zwiedzenia Zamku Królewskiego. Fajna wycieczka.
Dziś, pisząc te zdania jesteśmy na 3 tygodnie przed moim startem w Warsaw Orlen Maraton. Dzieci nie mogą się już doczekać, zresztą ja też. Jedziemy z Przyjaciółmi. Będę biegł z Marcinem, i jego bratem Maćkiem. Tak jak wcześniej napisałem, z pokorą podchodzę do każdego maratonu, ale i tu mam pewien cel czasowy. Zobaczymy.
Na ten moment, muszę szybko wyjść z przeziębienia. Pewnie we wtorek wyjdę już potruchtać. Dobrze, że wczoraj jeszcze trenowałem, bo "wyrzuty sumienia" chyba wykończyłyby mnie:))
Z 2013 roku została nam jeszcze grudniowa wizyta w Toruniu na kolejnym półmaratonie św. Mikołajów. Pierwszy raz "robiłem" za pismejkera". Ale o tym następnym razem.
Pozdrawiam Was serdecznie.
Zygabiega
Subskrybuj:
Posty (Atom)


















































